Bieszczady

Autor: Małgorzata K. | Utworzono: 01 sierpień 2012 | Kategoria: Artykuły 2012

19-22 lipca 2012 r. – nasza przygoda z Bieszczadami


Dzień 1.

Wyjazd zaplanowano na godz. 4.00 … Oj, nie było łatwo!

O 10.20 rozpoczęliśmy godzinne zwiedzanie Leska. Oprowadzał nas miejscowy przewodnik, który towarzyszył nam także następnego dnia. Co zobaczyliśmy? Zamek z XVI w. (wielokrotnie przebudowywany) ufundowany przez Kmitów, kościół pw. Nawiedzenia NMP z ok.1539 r., dawną synagogę z XVII w., cmentarz żydowski – jeden z macewami z XVI-XX w., Stary Rynek z parkiem oraz Nowy Rynek z XIX-wiecznymi domami.

Kolejny etap naszej wycieczki to, według planu, wędrówka ze Stężnicy (ok.580 m n.p.m.) k/Baligrodu przez Łopienkę i bazę namiotową na szczyt Łopiennika (1069 m n.p.m.).

Pogoda? Piękna! Błękit nieba gdzieniegdzie upstrzony pierzastymi obłoczkami. Cudnie przywitały nas Bieszczady!

Przechodząc doliną, wzdłuż której niegdyś ciągnęła się wieś Radziejowa, ujrzeliśmy niezwykły dla nas obrazek – retorty służące do wypalania węgla drzewnego ( w temperaturze 800 stopni!) i dwóch umorusanych węglarzy. Poproszeni zgodzili się na kilka zdjęć.

A potem wędrówka kwietnym łąkami aż do cerkwiska w Tyskowej i dalej, do Łopienki – obie wsie już nie istnieją, tak jak Radziejowa…

Łopienka przed II wojna światową nazywane były bieszczadzką „Częstochową”. To tutaj ponoć ukazała się - pod postacią ikony – Matka Boska. Obecna cerkiew pw. św. Paraskewy, pochodzącaz XIX wieku, jest zawsze otwarta. Znajduje się w niej kopia cudownej ikony (oryginał – w Polańczyku) oraz drewniana figura „Chrystusa Bieszczadzkiego”.

Około 14.15 skierowaliśmy się do studenckiej Bazy Namiotowej „Łopienka” - na krótki odpoczyneki herbatę miętową – zawsze gotową, jak zapewnił nas przewodnik. Niestety, los chciał inaczej… Nieoznakowany „szlak” gdzieś się zawieruszył i odtąd zaczęło się nasze CHASZCZOWANIE! Ta wycieczka miała być krótką przygodą z dzikimi Bieszczadami… I była!!! Odciśnięte w błocie ślady dzikiego zwierzaka (niedźwiedź?), chaszcze, zwalone pnie drzew, spore różnice wysokości, nasza wspinaczka „na krechę” – byle dotrzeć do szczytu… W końcu udało się! Łopiennik (1069 m n.p.m.), porośnięty drzewami, znaleziony ok. 16.25. Wspólne zdjęcie? Nic z tego! Odgłosy burzy sprawiły, że czym prędzej ruszyliśmy w kierunku Dołżycy.

17.30 – pogoda znowu piękna, a burza wraz z towarzyszącymi jej chmurami odeszła.

A my pojechaliśmy do Ustrzyk Górnych, naszej bazy wypadowej.

Podsumowanie górskiego dnia:

14,5 km (niby tak niewiele…); 5 godzin z postojami

„Im bardziej stromą pójdziesz drogą, tym wcześniej osiągniesz szczyt” Wolfgang Goes

A wieczorem niektórzy spośród nas mieli jeszcze dość sił, by przy dźwiękach Adamowej gitary poćwiczyć piosenki na jutrzejsze ognisko!

Dzień 2.

Pogoda: sporo słońca, trochę chmur, kilka kropli deszczu. Świetnie!

Cel naszej dzisiejszej wędrówki – południowo-wschodni fragment Polski wchodzący klinem na ukraińskie ziemie – tzw. „Worek Bieszczadzki”. Jeden z przewodników tak oto zachwala wycieczkę do źródeł Sanu:

Niezapomniany urok kresów i bezludne tereny sprawiają, że jest to jedna z najprzyjemniejszych wycieczek w Bieszczady”.

Autobusem dotarliśmy do Tarnawy Niżnej (758 m n.p.m.) z postojem koniecznym na zakupienie biletów do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Stamtąd dojechaliśmy do parkingu w centrum dawnej wsi Bukowiec, by o 10.20 wyruszyć na szlak.

Tuż przy rozwidleniu dróg ujrzeliśmy sporych rozmiarów kadź służącą kiedyś do produkcji potażu. Po chwili zaś usłyszeliśmy charakterystyczny stukot pociągu dobiegający z ukraińskiej strony – dźwięk ten jeszcze kilkakrotnie nam towarzyszył.

W pół godziny dotarliśmy do miejsca, w którym stała – jak głosi napis: „Cerkiew parafialna pod wezwaniem św. Michała Archanioła wzniesiona w 1779 r.” Dodajmy – spalona w 1909 r., odbudowanai ponownie spalona w 1945r. Niewiele tu zostało – kilka nagrobków i kamienna podstawa chrzcielnicy z rysunkiem ryby.

Ścieżka przyrodniczo-historyczna „W Dolinie Górnego Sanu” zawiodła nas na nieco dzikie tereny Parku Krajobrazowego, gdzie usłyszeliśmy wydawane przez orlika krzykliwego odgłosy, od których cierpła skóra – trochę jak w horrorze…

W samo południe zatrzymaliśmy się w miłym zakątku pod wiatą na małe „conieco”. Stamtąd zawędrowaliśmy do Sianek (880 m n.p.m.), wsi przed wojną zaludnionej a obecnie zamieszkanej tylko po stronie ukraińskiej. Do dzisiaj zachowały się tu niemal niewidoczne ruiny dworu Stroińskichi malutki cmentarzyk z nagrobkami Klary i Franciszka Stroińskich, byłych właścicieli majątku. Niegdyś stała tu drewniana greckokatolicka cerkiew z 1831 r. pw. św. Męczennika Stefana. Spalono ją w 1947 r., a ludność wygnano.

Tuż przed 14.00, minąwszy punkt widokowy na ukraińskie Sianki, dotarliśmy do celu – źródeł Sanu na Przełęczy Użockiej. Tu, na granicy polsko-ukraińskiej przy obelisku symbolizującym źródło Sanu, zrobiliśmy grupowe zdjęcie. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym, a kolejne małe „conieco” urozmaicił nam Andrzej O., opowiadając dowcipy:)

Podsumowanie:

22,5 km; 6,5 godz.; bez chaszczowania:)

A wieczorem wybornie bawiliśmy się przy ognisku, tuż nad szumiącą rzeką, w blasku miliona gwiazd.

Zaskoczył nas Mirek F., który wszystkim klubowiczom sprezentował po własnoręcznie wykonanym kieliszku z napisem „Bieszczady 2012”. Wielkie dzięki, Mirku:))

Niezawodny Adam P. umilał nam czas swoją gitarą i śpiewem, Kasia i Marek również dali się namówić na występ:) Dziękujemy Wam za te chwile wzruszeń i radości:))

A my – bo przecież „każdy śpiewać może”! – dzięki śpiewnikom przygotowanym przez Kasię też mogliśmy trochę ponucić:)

Dzień 3,

Od samego poranka deszcz!!! Nie tego oczekiwaliśmy, zwłaszcza w dniu, w którym mieliśmy dotrzeć na najwyższy szczyt Bieszczadów, Tarnicę (1346 m n.p.m.), a potem na Halicz i Rozsypaniec!Cóż, na pogodę nie mamy wpływu, więc stosownie odziani wyruszyliśmy na szlak sprzed sklepu„Pod żubrem” o godz. 9.00. Niespodziewanie, gdy zanurzyliśmy się w lesie, odezwał się… GRZMOT! Czyżby burza?! Niestety, tak! Po godzinnym marszu zrobiliśmy postój pod wiatą. Musieliśmy podjąć decyzję – co dalej? (Dodam, że trójka naszych kolegów już zmierzała na szczyt!) Siedmioro z nas postanowiło wrócić do bazy:( Pozostali zaś – dotrzeć na Tarnicę.

Ci, którzy wrócili, oddali się powszechnym podczas deszczu czynnościom – lekturze, dyskusjom, degustacjom.

Podsumowanie: 5 km; 2 godz.; suche buty i kurtki; żal i niedosyt:(

Ci, którzy odważnie podążyli ku szczytowi, mieli szczęście – burza odeszła, nie zagrażając ich życiu:), a wspaniałe widoki zrekompensowały chlupanie w butach (pisząca te słowa widziała stosowne zdjęcia i film z Tarnicy – dowód więc jest!). Tylko z przejścia na Halicz i Rozsypaniec trzeba było zrezygnować.

Podsumowanie: 13,5 km; 4,5 godz.; przemoczone buty i kurtki; satysfakcja:)

A wieczorem część z nas udała się do Muzeum Turystyki Górskiej na film poświęcony życiu na Huculszczyźnie, części Karpat Wschodnich obejmujących m.in. Czarnohorę – pasmo, którym chcemy w przyszłym roku powędrować.

Tymczasem deszcz nie chciał o nas zapomnieć… Czy słowa piosenki śpiewanej przez Krystynę Prońko okażą się prorocze?

„W wielkim mieście nie wie nikt, ile czasu może mżyć taki deszcz, deszcz w Cisnej…”

Dzień 4.

Deszcz… Ulewa… A jednak!

I konieczna zmiana planów. O 9.00 ci, którzy mieli suche but i/lub dosyć zapału, wyruszyli z Przełęczy Wyżniańskiej (875 m n.p.m.) w kierunku bacówki PTTK „Pod Małą Rawką” (914 m n.p.m.), by ok. 10.00 – pokonawszy na odcinku 1,5 km ponad 350 metrów różnicy wysokości – stanąć na szczycie Małej Rawki (1267 m n.p.m.). Wiatr i chmury. Seria zdjęć, wzajemne ogrzewanie się w „żółwiku” i – Wielka Rawka (1304 m n.p.m.) i Kremenaros (1222 m n.p.m.)? NIE! Decyzja o odwrocie… I znowu niedosyt…

Po niespełna godzinie – ciepełko w schronisku, trochę rozmów i – czas na powrót.

Podsumowanie:

6,3 km; 2 godz.; mokre buty i kurtki; ciut satysfakcji/ niedosyt

PODSUMOWUJĄC:

+ dzikie Bieszczady + źródła Sanu

+/- Tarnica

- Halicz, Rozsypanie, Wielka Rawka, Kremenaros

WNIOSEK:

1. Musimy wrócić w Bieszczady!

Niektórzy planują ponowny przyjazd już jesienią – tylko czy pogoda okaże się tym razem łaskawa?...

2. Nowe słowo: „chaszczowanie”!

Do zobaczenia na kolejnych szlakach :)

2020 © Gliwicki Klub Turystyki Górskiej. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Strona została wygnerowana w 0.0001 sekund.