Karkonosze

Autor: Małgorzata K. | Utworzono: 30 wrzesień 2012 | Kategoria: Artykuły 2012


14-16 września 2012 roku


Wyrosłe z wnętrza ziemi, wznoszą się ku niebu

Groźne w swej wielkości, potężne i wyniosłe

Po ich szczytach gnane wiatrem pędzą gęste chmury

Szarpane bezlitośnie i rozrywane przez skalne grzbiety

Obmywane przez strugi deszczu, obsypywane białym puchem

Górują nad dolinami, Sudeckie Karkonosze

Siły potężne, wydobyły je ku słońcu

Potęgą majestatu przysłoniły niebo (Phael Karkonoskie Góry)

Dzień 1.

Burze, deszcze i chaszczowanie? O, nie! Nie tym razem!

Wyruszyliśmy, 21-osobowa ekipa, z przełęczy Kowarskiej (727 m n.p.m.) w piękny, słoneczny dzień o godzinie 10.44. Pokonawszy 308 metrów różnicy wysokości, godzinę później dotarliśmy do Przełęczy Okraj (1035 m n.p.m.). I tu pierwszy postój oraz sesja zdjęciowa… uroczego, drobnego, rzadkiego kwiatuszka - jastrzębca pomarańczowego bezlitośnie miotanego całkiem sporym wiatrem.

Droga z przełęczy, nieco bardziej stroma niż dotychczas, powiodła nas ku miejscu, skąd po raz pierwszy mogliśmy dostrzec cel naszej dzisiejszej wędrówki – Śnieżkę. Przez pewien czas towarzyszyły nam „umarłe drzewa” – mroczny widok, pomimo świecącego słońca… Na szczęście wkrótce pejzaż zmienił się na bardzo sympatyczny. Drugi postój zrobiliśmy na Skalnym Stole (1285 m n.p.m.), fotografując się przy okazji na tle odległego jeszcze szczytu.

Tracąc wysokość, przez chwilę cieszyliśmy się niezbyt stromym zejściem do Sowiej Przełęczy (1164 m n.p.m.), by zaraz potem wspiąć się na wysokość 1260 m n.p.m. na Średnią Kopę do czeskiego schroniska „Jelenka”. Minęła godzina 14.00. Pół godziny na degustację miejscowych napojów, kilka fotek i … w drogę! Czekał nas najbardziej męczący odcinek trasy – stromy, choć w postaci „schodów” ułożonych z kamieni ociosanych w cienkie „języczki”. Jeszcze kilka kroków i westchnień, pożegnanie drzew i powitanie kosodrzewiny, jeszcze Czarna Kopa (Svorova Hora 1400 m n.p.m.) – i ukazała się ONA, Śnieżka! Jakże bliska! A nad nią – biała, pofałdowana chmura. Urokliwe.

Podążając Czarnym Grzbietem, targani potężnym wiatrem, stanęliśmy na szczycie (1602 m n.p.m.) o godz. 15.35. Niezrównany widok! Przestrzeń, cienka dróżka wijąca się po sąsiednim zboczu, niemal jak na połoninach w Bieszczadach.

Czy wiecie, że… nazwa góry powstała dopiero w XIX wieku (oczywiście od długo zalegającego śniegu), choć kuracjusze z Cieplic przybywali tu już od XVI wieku?!

Na szczycie w 1665 roku postawiono drewnianą kaplicę świętego Wawrzyńca, patrona przewodników. Natomiast we wzniesionych na przełomie lat 60. i 70. XX wieku „Latających Talerzach” działa obserwatorium, muzeum i kawiarnia, w której spędziliśmy kilka chwil przy herbacie, kawie, gofrach, lodach…

O 16.30 wyruszyliśmy w kierunku schroniska „Dom Śląski” (1400 m n.p.m.) – w nim zatrzymamy się dopiero jutro. Wiatr nie dawał za wygraną. Żelazne łańcuch zamontowane wzdłuż zejścia okazały się pomocne. Szybka wędrówka i znaleźliśmy się w Białym Jarze (1234 m n.p.m.). To miejsce ma swoją tragiczną historię - w 1968 roku pod lawiną zginęło aż 19 osób.


Mieli po dwadzieścia kilka lat, byli w Polsce w nagrodę za wyniki w pracy. Komsomolscy nauczyciele

i robotnicy, aż spod Kujbyszewa.


Marcowego dnia poszli na spacer. W sekundę runęło na nich 50 tys. ton śniegu. A granitowy pomnik postawiony w Jarze także pochłonęła lawina… Widzieliśmy znicze postawione na betonowym postumencie.

Powędrowaliśmy dalej. Wkrótce przed nami wyłoniło się schronisko - „Strzecha Akademicka” (1258 m n.p.m.). W 1790 roku przebywał tu poeta, J.W. Goethe, którego zachwyciły … wschody słońca. Wiedział, co piękne!

Schronisko minęliśmy pospiesznie około godziny 17.40. Cóż, dni są coraz krótsze, a droga przed nami jeszcze całkiem długa!

Nagle nowe odkrycie i kolejny zachwyt – urokliwe schronisko „Samotnia” w polodowcowym Kotle Małego Stawu (1195 m n.p.m.). W XVII wieku była tu budka strażnika stawu (drugiego co do wielkości w Karkonoszach) – latem pilnował, by nikt nie łowił ryb, a zimą, by miały czym oddychać. Poeta, podróżnik i rysownik – Maciej Bogusz Stęczyński – tak napisał:


A u stóp mamy jezioro drugie,

Tylko głębsze, smutniejsze, bez ozdób natury,

Ponieważ ma wokoło obnażone góry,

I posiwiałe barwą kamienie ogromne,

Szarpane siłą czasu, leżą wiekopomne (Sudety, Kraków 1884)


Słońca już nie widać, choć do jego zachodu pozostała godzina. Wiał wiatr, na wodzie pojawiły się fale, a my – zadumani – patrzyliśmy na 200-metrowe skały. I narastała w nas chęć, by tu wrócić na dłużej, choć na jedną noc… By móc spoglądać na zachodzące słońce odbijające się w tafli jeziora, potem na gwiazdy w nim odbite, a w końcu na wschód…

Czas jednak biegnie nieubłaganie, więc ruszyliśmy przed siebie. Kamienista droga powidła nas do Polany Bronka Czecha (narciarz, olimpijczyk, ratownik górski okresu międzywojennego) i dalej, na przystanek Karpacz- Biały Jar. Wybiła godzina 19.15.


Podsumowanie

22 km 960 m; 8 godzin 40 minut

Naszym busikiem dotarliśmy do Borowic, wsi nad rzeką Kaczą, założoną w 1644 roku przez pewnego Szwajcara.

Po obiadokolacji zostaliśmy w kawiarence na kilka chwil – by porozmawiać, pożartować, podzielić się wrażeniami oraz podelektować smakowitymi wypiekami, którym uraczyły nas (podaję w kolejności alfabetycznej!): Beata – ciastem drożdżowym ze śliwkami, Kasia – rogalikami z nadzieniem różanym, Monika – murzynkiem z orzechami i jabłkami. Pychotki!!! Dziękując, polecamy się Waszej życzliwej pamięci – wyjazd listopadowy tuż, tuż :-)


Dzień 2.

Wystartowaliśmy o godzinie 8.40 z Rozdroża Łomnickiego (około 785 m n.p.m.). Tym razem towarzyszyły nam chmury skutecznie zasłaniające szczyt Śnieżki. Czyżby deszcz nas czekał? Czerwony szlak GSS powiódł nas do schroniska „Nad Łomniczką” (1002 m n.p.m.). Nadal brakuje tu prądu, zaś pod dostatkiem było… kotów!

„Kilka kroków” i mogliśmy podziwiać Wodospad Łomniczki, który – jak głoszą przewodniki: na odcinku 300 metrów spada ciągiem efektownych kaskad o długości 150 metrów.

Cierpliwie pokonując podejście, minęliśmy symboliczny cmentarz z 2,5–metrowym, metalowym krzyżem - z napisem „OFIAROM GÓR” i jeszcze: martwym ku pamięci – żywym ku przestrodze.

A w tle Śnieżka, raz znikająca, a raz pojawiająca się na moment.

W końcu dotarliśmy na wysokość 1389 m n.p.m. do schroniska „Dom Śląski” z lat 20. XX wieku. Pora była wczesna, dopiero 10.30, czyli czas na drugie śniadanie!

Godzinę później, miotani wiatrem, rozpoczęliśmy wędrówkę przez Spaloną Strażnicę (1430 m n.p.m.) ku „Słonecznikowi”. Tymczasem około południa stanęliśmy zachwyceni – oto po naszej prawej stronie jak na dłoni ujrzeliśmy część szlaku, którym wędrowaliśmy wczoraj – w oddali Śnieżkę, nieco bliżej „Strzechę Akademicką” i w końcu „Samotnię” przycupniętą nad brzegiem Małego Stawu. I wraca marzenie, by tam wrócić jeszcze. A potem Wielki Staw (w Kotle Wielkiego Stawu), dużo głębszy od swojego mniejszego brata - o głębokości aż 24,4 m; a wokół skały ponad 180-metrowe.

Po półgodzinnym marszu czerwonym szlakiem, wytyczonym już w II połowie XIX wieku, dotarliśmy do celu – widzianego od dłuższego czasu 12-metrowego granitowego ostańca „Słonecznik” (1423 m n.p.m.). Ten najbardziej charakterystyczny dla Karpacza element nazywano „Kamieniem południa”, bo w południe słońce ukazuje się nad skałą. Do północnego filara przypominającego ludzką postać przylgnęła zaś nazwa – „Diabelski Kamień”. Według legendy jest to diabeł, który chciał zasypać Wielki Staw i tak się zapomniał, że nie zauważył wschodu słońca, więc skamieniał wraz z nastaniem świtu. Zatrzymaliśmy się tu na chwilę przy (niektórzy na) ławce profesorskiej, pięknej, kamiennej.

Od tego miejsca droga prowadziła nas w dół, aż do grupy granitowych ostańców wyglądających tak, jakby pątnicy wędrowali ku górze; stąd nazwa – „Pielgrzymy” (1204 m n.p.m.). Najwyższy z nich sięga 25 metrów. Niezliczone fotografie, wspinaczka na jedną ze skał i widoki…

Około godziny 14.00, mijając torfowiska i ostaniec „Kotki”, doszliśmy do Polany Bronka Czecha, tak jak wczoraj. Po półgodzinnej wędrówce wybrukowanym szlakiem, nieco śliskim po krótkotrwałej mżawce, stanęliśmy u wrót świątyni WANG – ewangelickiej, z przełomu XII i XIII wieku, zbudowanej w Norwegii, przeniesionej do Karpacza w 1842 roku. W oczekiwaniu na wejście do wnętrza niektórzy spośród nas raczyli się oscypkami na ciepło z żurawiną lub … lodami!

O godzinie 15.30 udaliśmy się pieszo w drogę powrotną do Borowic.


Podsumowanie

21 km 400 m; 7 godzin 41 minut

A wieczorem ognisko - z kiełbaskami i pieczonym chlebem, z opowieściami i żartami. I doskonałym humorem, choć tym razem bez gitary. A nad głowami –rozgwieżdżone niebo :-)


Dzień 3.

O godzinie 9.05, spakowani, „zwarci i gotowi” wybraliśmy się zielonym szlakiem z Borowic do miejscowości Przesieka, gdzie ujrzeliśmy Wodospad Podgórnej, trzeci co do wielkości w Karkonoszach, spadający z 10-metrowej wysokości trzema kaskadami. Urokliwe miejsce, ale tylko chwila oddechu. Potem krótkie podejście wśród drzew, potem droga wśród krzewiastych fuksji, potem Waloński Kamień (610 m n.p.m.) na zboczu Złotego Widoku, czyli granitowe ostańce skalne. Walończycy przybyli tu w XII wieku, specjalizowali się w wydobywaniu złota i kamieni szlachetnych.

Kolejne kilometry wiodły nas łagodnymi wzniesieniami, czasem lasem, czasem łąkami. A w drodze – kolejny obiekt fotograficzny … ogromny pająk zawieszony na fantastycznej pajęczynie przy białym, drewnianym domku…

W drodze do zamku Chojnik minęliśmy Przełęcz Różyckiego (540 m n.p.m.) i Przełęcz Żarską (588 m n.p.m.), by w południe rozpocząć krótkie podejście na granitowe wzgórze na wysokość 627 m n.p.m.

Zamek Chojnik wybudowano w XIV wieku, choć miejsce to było zasiedlone już w czasach pogańskich. Gości witano ponoć trąbieniem na rogach i wystrzałami armatnimi. Nikt nigdy zamku nie zdobył. Uległ naturze – w 1675 roku po uderzeniu pioruna wybuchł wielki pożar. Obiektu już nie odbudowano. Miejsce to odwiedziła na przełomie XVIII i XIX wieku księżna Izabela Czartoryska, a w XIX wieku poeta Wincenty Pol.

Na środku dziedzińca postawiono kamienny pręgierz, natomiast brakowało studni. Urokliwe, koronkowe wykończenie (a fachowo: attyka w kształcie półkoli) dobudowano prawdopodobnie w połowie XVI wieku. Okrągła wieża to wspaniały punkt widokowy na Karkonosze i … zdjęcia!

O godzinie 12.40 rozpoczęliśmy schodzenie w kierunku Sobieszowa. Minęliśmy granitowy „Skalny Grzyb”, a po ostrym zejściu – ostatni postój przy „Zbójeckich Skałach” wysokich nawet do kilku metrów i zdjęcie z „kurami na grzędzie” – kto był, ten wie! I jeszcze jedno zejście, właśnie po skałach. Towarzyszył nam mały, czarny piesek, który z werwą to wbiegał, to zbiegał ze skał.

I koniec naszej wyprawy! O godzinie 13.30 wyruszyliśmy w drogę powrotną do Gliwic.


Podsumowanie

14 km 930 m; 4 godziny 33 minuty

Karkonosze, nazywane ongiś Górami Olbrzymimi, z ponad 500-milionową historią, kryją jeszcze wiele pięknych zakątków. Na pewno tu wrócimy, by odkryć nowe dla nas miejsca :-)

Do zobaczenia na szlaku :-)

2020 © Gliwicki Klub Turystyki Górskiej. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Strona została wygnerowana w 0.0001 sekund.