PS Bieszczady

Autor: Małgorzata K. | Utworzono: 19 październik 2012 | Kategoria: Artykuły 2012

PS Bieszczady

5-7 października 2012 r.

Bieszczady okazały się dla nas łaskawe tej jesieni :-). Dla nas, czyli dziewięcioosobowej grupki „skalnikowców” i sympatyków.

Pierwszego dnia, w piątek, fantastyczny zachód słońca, a potem gwieździste niebo.

Drugi zaś przywitał nas wiatrem i „słoneczno-obłoczystym” niebem, a w drodze do Wetliny znakiem drogowym: „zwolnij! NIEDŹWIEDZIE”!!! Hmmm… Potem konie huculskie na tle Tarnicy. A słońca coraz więcej. I radość wchodzenia. I szczęście podczas zbliżania się do celu. I niepohamowana eksplozja radości – zapewne niezrozumiała dla innych turystów – gdy w końcu, po 77 dniach oczekiwań, stanęliśmy na szczycie! Niby niewiele, 1346 m n.p.m., a jednak! Czasem los bywa przewrotny – zapewne gdybyśmy wszyscy w lipcu weszli na Tarnicę, teraz – jesienią – nie byłoby nas tutaj… A teraz jeszcze chęć, by zobaczyć Bieszczady wiosną, może też zimą … Na pewno tu wrócimy, na pewno wkrótce.

A potem dalsza część wędrówki połoninami, na Halicz (1333 m n.p.m.), na przekór potężnemu wiatrowi, dużo silniejszemu niż niedawno w Karkonoszach, zrywającemu czapki z głów.

Jesień w Bieszczadach. Rdzawość liści, słomkowy odcień giętkich traw pochylonych jakby w ukłonie, białe obłoki galopujące po błękitnym niebie… Niezapomniane widoki! Jakimi słowami oddać urodę tego miejsca? Lepiej fotografiami. Tymi starymi - Elżbiety Dzikowskiej i „naszymi”- Jurka i Zbyszka. Smak zdjęć. Smak Bieszczad(ów). Coraz większy smak.

Na Przełęczy Bukowskiej krótki piknik wśród liści spadających przy podmuchach wiatru. Nasz wzrok podąża na ukraińską stronę - na Pikuj, który kusi i czeka na nas… Pojedziemy tam – koniecznie. Smak przygody, smak czekania.

Jeszcze zaskoczenie – cerkiew i cmentarz w Wołosatem, wsi spalonej w 1946 roku.

A niedźwiedzie? Na szczęście nie po drodze nam było z nimi!

Wieczorem zaś dzielenie się radością, (przez niektórych) gwiazd oglądanie, dyskusje o dniu jutrzejszym, o klubie naszym – o jego przyszłości, o radości – że istnieje. I że ludzie w nim z pasją, ciekawi świata i gór, gotowi na wysiłek, na duże wyzwania :-) Życzliwi, dobrze przygotowani – i fizycznie, i technicznie (bez parasoli na szlaku!). Coraz bardziej zgrani, ale też otwarci na tych, którzy myślą i czują podobnie.

A dnia trzeciego – Połonina Wetlińska. Z lekką obawą, bo deszcz wisiał w powietrzu. Jednak udało się. Mozolna wspinaczka, dziewięćsił bezłodygowy i dzikie róże, w końcu wyjście na połoniny i… uderzenie porywistego wiatru, a wraz z nim chłodniejszego niż wczoraj powietrza. Herbata w „Chatce Puchatka” lub obok niej. Nie ujrzeliśmy żadnego z najwyższych szczytów - ani Roha, ani Osadzkiego Wierchu. Nie tym razem. I znowu pretekst, by wrócić… Kilka zdjęć, ostatnie zachłyśnięcie się bieszczadzką atmosferą, potem zejście. Wciąż suchą nogą! Po drodze – symboliczny grób- pomnik Jerzego Harasymowicza, sera owczego kupowanie, stada owiec podziwianie, wspólne obiadowanie w zajeździe „Biesisko”.

Posumowanie

Sobota: 20 kilometrów, 7 godzin 15 minut; i powiedzenia, które zapewne pozostaną z nami na dłużej.

●Aż chce się krzyczeć!

Z radości, niebotycznej radości wykrzyczanej na połoninach.

●Jest pani grubo po czterdziestce i jeszcze pani się chce! - chodzić po górach. Zdanie wypowiedziane z podziwem przez młodą dziewczynę do jednej z naszych koleżanek…

Niedziela: 6 kilometrów, 2godziny 40 minut;

●Wyjeżdżając w Bieszczady trzeba mieć świadomość, że te góry uzależniają. (…) warto dołączyć do uzależnionych.

(J. Szarek, G. Sitko)

Dołączyłam. Dołączyliśmy :-) Wrócimy tu - w maju? :-)

2020 © Gliwicki Klub Turystyki Górskiej. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Strona została wygnerowana w 0.0001 sekund.